swieci.jpg (11796 bytes)


Louis Couette

Marta Robin i "Ogniska Miłości" (1)


Jezus powierzył Marcie Robin (1902-1981) misję zakładania "Ognisk Miłości". Powiedział jej: "To dzieło będzie schronieniem w wielkich nędzach ludzi, którzy przyjdą z nich zaczerpnąć pociechę i nadzieję... niezliczeni grzesznicy przyjdą zewsząd, przyciągnięci przez Moją Matkę i przeze Mnie szukać tutaj uzdrowienia ze swych boleści dzięki Mojemu Boskiemu przebaczeniu. Chcę, żeby dzieło to było jak ognisko promieniujące Światłem, Miłością, Miłosierdziem... jak oaza ożywiająca dusze dobrej woli, dusze zatroskane i zniechęcone, grzeszników zatwardziałych i sceptycznych... Dom Mojego Serca otwarty dla wszystkich...»

     POSŁUSZNA CÓRECZKA
     W miasteczku w regionie Drome, noszącym nazwę Chateauneuf-de-Galaure, w rodzinie państwa Robin, urodziła się 13 marca 1902 dziewczynka. To już szóste dziecko w rolniczej rodzinie, posiadającej cztery córki i jednego syna. Ojciec, Józef Robin, zajmował się małą fermą liczącą dziesięć hektarów. Z ledwością wystarczało to na utrzymanie licznej rodziny. Jego małżonka, Amelia, prowadziła dom oraz doglądała krów, kóz i drobiu.
Jeśli chodzi o życie religijne, Józef Robin przypominał sobie o kościele od wielkiego święta. Mawiał, że jest wolnomyślicielem, lecz nie był wrogi religii. Jego małżonka zaś była praktykującą katoliczką, choć nie miała w sobie nic z mistyczki. Trzeba tu jednak też zaznaczyć, że okolica była w dużej mierze zdechrystianizowana. Nierzadko kapłani byli tu źle traktowani, a śluby i pogrzeby traktowano jako uroczystości typowo świeckie. Idąc za przykładem rodziców, dzieci porzucały wszelkie praktyki religijne zaraz po przystąpieniu do pierwszej Komunii św.
Aby zrobić przyjemność swej żonie Józef Robin przybił nad wejściowymi drzwiami domu prosty krzyż, który sam wykonał, ale bez sylwetki Chrystusa. Pewnego dnia, kiedy wracał do domu ze swą małą Martą, mającą wówczas cztery może pięć lat, pokazał jej, że nie ma nikogo na tym krzyżu. Dziewczynka odpowiedziała bez namysłu: "W takim razie my tam będziemy!"
I to w istocie czyniła przez całe swe życie.
     W wieku 20 miesięcy mała Marta, podobnie jak liczni członkowie rodziny, zaraziła się tyfusem. Z pewnością stał się on główną przyczyną, jaka nadwątliła jej zdrowie.
     Po osiągnięciu wieku szkolnego zaczęła uczęszczać do szkoły podstawowej. Była zdolna i posłuszna, tak nauczycielce, jak i rodzicom. Pewnego dnia powie: "Zawsze byłam posłuszna. Rodzice mogli mnie posłać w ogień." Ale było tak nie tylko w okresie szkolnym. Nawet przy końcu swego życia Marta wyzna, że zawsze była posłuszna.
     Co do nauki katechizmu, ferma rodziców nie przynależała do Chateauneuf-de-Galaure, lecz do sąsiedniej parafii Saint Bonnet. Marta musiała udawać się tam pieszo, pokonując 4 kilometry drogi. Dla dziecka tak wątłego jak ona było to zbyt męczące. Proboszcz zezwolił jej więc po jakimś czasie na naukę katechizmu w rodzinnej miejscowości. Pouczenia w czasie lekcji religii pasjonowały Martę, wszystko przyjmowała dosłownie. Najbardziej naturalnie na świecie zwracała się do Boga jak do swego ojca i bardzo szybko pochłonęła ją modlitwa. Modliła się w ciągu dnia, kiedy tylko mogła. Jeśli zaś ganiły ją szorstko siostry, wtedy nadrabiała stracony czas, modląc się nocą.
     15 sierpnia 1912 roku Marta, mając 10 i pół roku została dopuszczona do pierwszej Komunii św. Odkryła przed nami swe odczucia zwierzając się: "Sądzę, że moja pierwsza, prywatna Komunia św. była całkowitym wzięciem mnie w posiadanie przez naszego Pana. On w tamtej chwili mną zawładnął..."
W maju 1914 roku odbyła się uroczystość, którą nazywano wówczas uroczystą Komunią św. Potem zakończyła się oficjalna katechizacja, ona jednak przez całe swe życie nadal pogłębiała wiarę. Czyniła to przez lektury, dzięki swemu kierownikowi duchowemu, dzięki rozmowom z Panem Jezusem i Jego Świętą Matką.
W roku 1915, mając 13 lat, definitywnie opuściła szkołę, żeby pomagać w domu i w gospodarstwie. Pilnowała krów i kóz. A wszystko co robiła, robiła dobrze. "Lubiłam dobrze wykonaną pracę - mawiała opowiadając o tym czasie. - Lubiłam to ktokolwiek mi ją zlecał."
Co się tyczy miłości - było tak samo. W domu jej miano w zwyczaju gościć żebraków i wędrowców. Nie zadowalano się przyjmowaniem ich na progu, lecz zapraszano do rodzinnego stołu. Tu otrzymywali przynajmniej solidny posiłek i szklankę wina. Nawet więc jeśli rodzice nie byli zbyt pobożni, to jednak wprowadzali w czyn wielkie przykazanie miłości. Marta nigdy tego nie zapomni i powie pewnego dnia: "Jeśliby mi pozwolono, przeszłabym góry i doliny, żeby dotrzeć do jakiegoś chorego. Nie po to, żeby się nim opiekować, lecz żeby mu okazać miłość."

     PRZYGOTOWANIE KRZYŻA
     Nadszedł lipiec 1918 roku. Zbliżał się kres tego, co nazwano "Wielką Wojną". Marta ukończyła 16 lat. Wtedy ostatecznie i szybko zaczęło poupadać jej zdrowie. Wszystko rozpoczyna się od straszliwych bólów głowy. Najpierw myślano, że jest to porażenie słoneczne, potem - epilepsja... Lecz nie było u niej głównych objawów, choć zdarzało się jej utracić przytomność. Lekarze są bezradni. W końcu listopada Marta upada w kuchni. Paraliż obydwu nóg nie pozwala jej się podnieść o własnych siłach. Na kilka dni powraca władza w nogach, lecz bardzo często wymiotuje. 2 grudnia definitywnie kładzie się do łóżka. Podejrzewana jest o zapalenie opon mózgowych lub o paraliż dziecięcy. Jednakże po miesiącu wydaje się, że choroba ustępuje. W styczniu 1919 roku paraliż znika i Marta może na nowo chodzić, choć musi to czynić z umiarem. W lutym ponownie pojawiają się potworne bóle głowy, silniejsze niż w poprzednim roku. Może są to odległe następstwa tyfusu, jaki przeszła w dzieciństwie? Marta nie może już znieść światła ani żadnego jedzenia. Lekarze wciąż nic nie pojmują.
Z początkiem 1921 roku, kiedy ksiądz proboszcz złożył jej wizytę, Marta straciła przytomność. Obudziła się... po miesiącu, zaskoczona, że ksiądz już wyszedł. Poszukano go w pośpiechu, a Marta - utraciwszy wszelkie poczucie czasu - podjęła rozmowę w punkcie, w którym przerwali ją przed miesiącem.
20 maja tego samego roku doszło do niezwykłego wydarzenia. Siostra Marty, Alicja, starsza od niej o 8 lat, spała głębokim snem u jej boku. Nagle obudziło ją intensywne światło wypełniające pokój. Pyta Martę, co to za światło i otrzymuje odpowiedź: "Tak, to piękne światło, ale ja widziałam też Najświętszą Dziewicę".
     To pierwsze z licznych objawień, jakie otrzymała w czasie swego długiego życia.
     Po tej wizji jej zdrowie nieco się poprawiło. Mogła na nowo chodzić, przy pomocy kul. W sierpniu i we wrześniu udała się nawet z pielgrzymką w okolice Chateauneuf-de-Galaure. W końcu listopada mogła uczestniczyć we mszy św. w parafii.
Sądziła, że jest uzdrowiona, powróciła więc do swej dawnej myśli, by oddać swe życie Bogu, wstępując do Karmelu, jak św. Tereska z Lisieux, do której żywiła wielki podziw. Jednak w tym samym okresie postanowiła bezwarunkowo wypełniać po prostu wolę Bożą:
"Oddałam siebie Bogu całkowicie nie postanawiając zostać karmelitanką, lecz nie wybierając absolutnie nic."
Pod koniec listopada powróciły bóle nóg i paraliż dolnych kończyn. Na szczęście Marta mogła jeszcze posługiwać się rękoma i korzystała z tego, haftując, aby zarobić na "swój chleb". Cierpiała bowiem czując, że jest dla swej rodziny obciążeniem.
Kiedy jej wzrok, który w pewnym okresie znacznie się pogorszył, nieco się poprawił, korzystała z tego, by czytać. Pochłaniała książki z dziedziny życia duchowego: Ewangelię, O Naśladowaniu Jezusa Chrystusa, Historię pewnej duszy, żywoty świętych. Notowała myśli, które najbardziej ją uderzały. Na przykład: "Miłość niczego nie potrzebuje, jedynie tego, by nie napotykać na opór". "Trzeba, abyś była w stanie nieustannej ofiary". Pewnego dnia po odłożeniu swej książki usłyszała wewnętrzny głos, który jej zapowiedział: "Dla ciebie to będzie cierpienie". Otwierając ponownie książkę uderza ją inne zdanie: "Bogu trzeba oddać wszystko". Te myśli coraz bardziej wnikały do samej głębi jej duszy.

     CAŁKOWITA OFIARA
     W listopadzie 1923 roku bóle głowy pojawiły się ponownie. Wrócił też paraliż nóg. Zaczęły ją także boleć ramiona. Lekarze w dalszym ciągu nie mogli nic temu zaradzić. Było jasne, że nie ma co oczekiwać uzdrowienia od ludzkiej nauki. Ksiądz proboszcz zaproponował jej więc wyjazd na pielgrzymkę do Lourdes. Marta gorliwie na to przystała. Tymczasem kapłan po kilku dniach przyszedł do niej ponownie, mówiąc: "Jedna z moich parafianek, bardzo chora, prosiła mnie o możliwość pojechania do Lourdes, a ja nie mogę jej zapewnić miejsca, bo służba diecezjalna nie przydzieliła mi drugiego." Mówiąc to nie potrafił wytrzymać wzroku Marty. Po chwili milczenia, odczuwając, jak upada w niej cała nadzieja na ostatnią szansę uzdrowienia, Marta odczuła nagle w sobie niewypowiedziany spokój, potem powiedziała: "Niech ksiądz proboszcz da jej to miejsce". Później zwierzyła się jednej ze swoich przyjaciółek: "Od tej chwili byłam napełniona łaską".
     Do wszystkich cierpień fizycznych dołącza się i to wspomniane już wyżej: Marta cierpi, że jest obciążeniem dla rodziny. Zgryzota ta nasila się szczególnie dlatego, iż wie, że jej rodzice nie mają zbyt wiele pieniędzy. Poza tym matka poupada na zdrowiu. Jedna z jej przyjaciółek usłyszała, jak pewnego dnia Józef Robin powiedział: "Z Marty nie mamy żadnego pożytku". A przecież jak długo potrafiła, haftowała... Ale to nie przynosiło rodzinie wielkiego zarobku.
Natura ludzka odtrąca cierpienie. Sam Chrystus odczuwał to w Getsemani. Musiał walczyć, żeby przyjąć wolę Ojca. Tak samo jest z Martą. Będzie walczyć przez długie lata zanim je przyjmie. W końcu 15 października 1925 roku napisała swój Akt oddania siebie i ofiarowania Miłości i woli Bożej". Zaczynał się od słów:
     "Panie, mój Boże, o wszystko poprosiłeś swą małą służebnicę, weź więc i przyjmij wszystko. W dniu dzisiejszym oddaję się Tobie bez reszty, o umiłowany mojej duszy! To jedynie Ciebie pragnę i dla Twojej miłości wyrzekam się wszystkiego..."
Kończy słowami:
     "Kocham Cię, błogosławię Cię, uwielbiam Cię, całkowicie oddaję się Tobie, w Tobie się chronię. Ukryj mnie w Sobie, gdyż moja natura drży pod brzemieniem okrutnych doświadczeń, jakie zewsząd mnie przygniatają i dlatego, że ciągle jestem sama. Mój umiłowany, pomóż mi, zabierz mnie ze Sobą. To jedynie w Tobie pragnę żyć i jedynie w Tobie umrzeć. Pomóż mi!"

     CZY CHCESZ BYĆ JAK JA?
     W ciągu roku 1926 ogólny stan Marty stale się pogarszał. W pewnym dniu sądzono nawet, że jej śmierć jest już bliska. Zdawało się, że rozpoczyna się agonia. Był to stan śpiączki, który trwał przez 3 tygodnie. Wyszła z tego stanu stwierdzając: "Sądzę, że nie umrę", potem dodała: "Widziałam świętą Teresę. Odwiedziła mnie trzy razy". W następnym roku zredagowała nowy akt ofiarowania się, w którym położyła jeszcze większy nacisk na całkowitą miłość do Boga, prosząc, by On zniszczył w niej wszystko co mogłoby stanowić przeszkodę dla całkowitego stopnienia się z jej Umiłowanym. Prosi, by jej ofiara służyła nawróceniu całej ludzkości. Przyzywa równocześnie pomocy Maryi, Swej ukochanej Matki.
W 1927 roku jej cierpienia obejmują, prócz głowy i nóg, także ramiona i plecy. Począwszy od marca 1928 roku dotyka ją całkowita blokada krążenia w kończynach. Odtąd musi aż po kres swego życia na ziemi leżeć na tapczanie z poduszkami ułożonymi pod plecami, z pogiętymi nogami. Poza tym nie śpi wcale, nie je wcale, nie pije wcale... Pragnienie będzie ją dręczyło przez całe życie. Ale nie będzie potrafiła pić. 2 listopada 1928 roku zostaje przyjęta do III Zakonu św. Franciszka. Następnej nocy demon uderza ją z wściekłości pięścią tak mocno, że wybija jej dwa zęby. Szatan nigdy nie darzył miłością tych, którzy składają siebie w ofierze za ocalenie dusz.
     2 lutego 1929 roku traci władzę w ramionach i nie może już odtąd haftować. W czerwcu traci władzę w dłoniach i nie może już przesuwać paciorków różańca. Wobec rozwoju choroby, która coraz bardziej pogarszała jej stan, wszyscy myśleli, że zbliża się kres jej życia... Tymczasem Marta miała przed sobą jeszcze ponad pół wieku cierpienia dla dobra ludzi. Odtąd bowiem może już jedynie modlić się i cierpieć! To w ten sposób przyczyni się do zbawienia niezliczonej liczby dusz.
     Przy końcu września 1930 roku ukazał się jej Jezus i zapytał ją: "Czy chcesz być jak Ja?" Ona już w akcie oddania siebie i złożenia w ofierze przyjęła z góry upodobnienie się we wszystkim do swego Boskiego Wzoru...
Z początkiem października Jezus ukazał się jej na nowo, jednak tym razem na krzyżu, prosząc ją najpierw o ofiarowanie mu rąk: "Wydawało mi się, powiedziała, że włócznia wychodziła z jego serca i rozszczepiła się na dwa promienie, żeby przeszyć moją prawą dłoń i lewą..."
Jezus poprosił ją o ofiarowanie Mu stóp. Uczyniła to. Potem - klatki piersiowej. I ją także przeszył cios włóczni. Wreszcie Zbawiciel umieścił na jej głowie koronę krzyżową. Marta wyznała: "silnie ją wcisnął". Na koniec Jezus powiedział jej: "Odtąd będziesz się nazywać Moją córeczką ukrzyżowaną z miłości". Potem znikł. Niemal w każdą noc nowa stygmatyczka wylewała krwawe łzy, a w każdy piątek aż po kres swego życia na ziemi przeżywała Mękę Chrystusa. Pomimo zaleceń otoczenia milczeniem tego faktu, jakich udzielił proboszcz parafii, nowina rozeszła się lotem błyskawicy nie tylko w Chateauneuf-de-Galaure, lecz także w okolicy. Zaczęli przybywać ludzie. Jedni - ze zwykłej ciekawości, inni - żeby się modlić. Szybko ujawnił się więc inny cud, choć mniej dostrzegalny: nawrócenia. Region, praktycznie ateistyczny, stopniowo powracał do Boga, a o Marcie zaczęto mówić, "święta".

     NADRZYRODZONE ZJAWISKA
     Marta przeżywała więc przez ponad 50 lat Mękę Zbawiciela. Od czwartku wieczora, od godziny agonii w Getsemani do piątku, do godziny 15-tej, cierpiała okrutnie. W rysach jej były widoczne bolesne skurcze. A ulgę znać było dopiero w godzinie, gdy nasz Pan oddał Bogu ducha. Kiedy jednak jej bóle się kończyły, wtedy była jakby martwa. Powracała do siebie dopiero w niedzielny poranek, w godzinie zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Czasem jej kierownik duchowy, ojciec Finet, przywoływał ją na ten świat "w imię posłuszeństwa".
     Marta upodabniała się do swego Boskiego Wzoru poprzez swą całkowitą ofiarę. "Ja nigdy nie mam wrażenia, że leżę w łóżku, mawiała, to ołtarz, to krzyż!"
Poza jej cierpieniami fizycznymi doświadczała również cierpień moralnych. Miała wrażenie, że Bóg ja opuścił, podobnie jak Chrystus pytał z krzyża Ojca: "Dlaczego Mnie opuściłeś?" (por. Mt 27,46)
     Przez ponad 50 lat nie przyjmowała żadnego pożywienia ani napoju. Jej jedynym pokarmem była hostia i nie można wyzbyć się nasuwającej się tutaj myśli o słowach Chrystusa do uczniów, którzy przyszli do Niego przy studni w Sychar. Samarytanka właśnie odeszła, a On powiedział im: "Moim pokarmem jest spełnianie woli Mojego Ojca" (por. J 4,34). I tak samo w synagodze w Kafarnaum, nazajutrz po rozmnożeniu chleba: "Moje ciało jest pokarmem" (por. J 6,55). Marta wyrzekła się wszelkiej swojej woli, żeby pełnić jedynie wolę Boga i karmiła się jedynie Jego pokarmem.
Świadkowie zasygnalizowali także kilka przypadków bilokacji. Marta - podobnie jak ojciec Pio i inni mistycy - nie opuszczając swego posłania była obecna w wielu miejscach, w tym samym czasie pomagając ludziom w trudnościach czy to fizycznych, czy też duchowych, odwodząc wiele osób od popełnienia samobójstwa.
     Miała też dar zgadywania, co zawiera list, jaki otrzymała, zanim jeszcze go otwarto i przeczytano. Potrafiła też od razu rozpoznać osobę, która czekała w przedpokoju, a przyszła jedynie z ciekawości. Prosiła, aby ją odesłać. Kiedyś powiedziała pewnemu kapłanowi na pożegnanie: "Do zobaczenia, księże, w Niebie!" Ksiądz myślał z pewnością, że Marta mówi o swej bliskiej śmierci. Tymczasem to on zginął w wypadku samochodowym.
Jak wielu mistyków, którzy ofiarowali swe życie dla ocalenia licznych dusz, Marta była przez całe swe życie dręczona przez demona. W Męce, jaką przeżywała co tydzień prowadziła istną walkę z mocami Piekieł.
     Diabeł uderzał ją, czasem silnie, a nawet zrzucał z łóżka. Za każdym razem podnoszono ją poranioną. Ofiarowała Bogu te nowe cierpienia, zadawane jej przez nieprzyjaciela. Dzięki temu udawało się jej wyrwać szatanowi kolejne dusze.
Kiedy Marta przeżywała cierpienia korony cierniowej, diabeł uderzał jej głową o mur, ażeby wbić ciernie jeszcze głębiej. Innymi razy wpajał w nią przekonanie, że jest potępiona i że w rezultacie daremnym było tak wiele cierpieć. Na trzy miesiące przed jej śmiercią diabeł wykręcił jej kręgosłup, co wywoływało u niej ból nie do zniesienia. Demon uprzedzał ją, że posunie się do ostateczności... I jak się wydaje istotnie miało to miejsce 6 lutego 1981 roku: znaleziono Martę martwą na podłodze jej pokoju. Tak. Szatan nie znosi świętych odbierających mu dusze.
     W listopadzie 1940 roku Marta doświadczyła bólu utraty swej matki. Umierała w szpitalu, lecz na nalegania córki, a wbrew lekarzom, którzy spodziewali się, że chora umrze w drodze do domu, przewieziono ją z powrotem. Położono ją przy łóżku Marty. Po kilku minutach Marta powiedziała mamie: "A teraz odejdź do wiecznej siedziby!" Potem dodała: "Mamusia wchodzi właśnie do Nieba! Skończył się jej czyściec!" Po kilku dniach zwierzyła się ojcu Finet: "Pan prosił mnie o przyjęcie na siebie cierpień czyśćcowych mojej mamy. Muszę więc od zaraz, przez dziewięć miesięcy, przeżywać większe cierpienia, a przez ostatnie trzy miesiące doświadczać udręki potępienia."
     Oto jak Marta rozumiała miłość...

     Stella Maris nr 340, str. 1-4 (c.d. w następnym numerze)


[powrót do wykazu BIOGRAFII] [powrót do strony głównej] [mapa całej witryny] [pełna oferta książek i kaset] [nowości] [ostatnie zmiany] [pismo "Vox Domini"] [czytelnia on line i nie tylko] [ewangelia na niedziele i święta] [archiwum plików 'zip'] [nasze plany] [mirror site strony polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia 'Prawdziwe Życie w Bogu'] [prawdy wiary Kościoła Katolickiego] [ciekawe linki religijne w różnych językach] [przeszukiwanie witryny "Vox Domini"] [e-mail] [kilka słów o Wydawnictwie]